Idea biblioróżnorodności, którą wspaniale przybliża w swojej książce Susan Hawthorne*, powstała w latach 90. w Chile. Niezależni wydawcy – przez analogię do problemów środowiskowych – wskazali jak monokultury, wielki przemysł oraz wysoka standaryzacja w kierunku obniżenia kosztów niszczą różnorodność, bogactwo i oryginalność oferty wydawniczej.
Przez ostatnie 30 lat proces ten się tylko pogłębił.
Kiedy wydawanie książek zamienia się w przemysł wydawniczy, książki stają się jedynie produktem: jednakowe, tanie i powtarzające schematy tytuły, które utrwalają zastany porządek zamiast zadawać pytania, inspirować i być źródłem zmian. Fabryki książek marnują papier mieląc nadwyżki nakładów, są zainteresowane odtwarzaniem bestsellerów, a nie szukaniem oryginalnych głosów, idei czy nowego sposobu opowieści. Proces wydawniczy w fabrykach jest odtwarzany taśmowo, powstają tytuły słabo skomponowane, zawiłe, przegadane, nijakie i banalne. Książki z fabryk żyją krótko, kilka tygodni i natychmiast zastępują je następne, łudząco podobne, w tej masie wyróżnia się dosłownie kilka nazwisk autorów, którzy osiągają milionowe nakłady, reszta nazwisk jest anonimowa niczym plankton w wielkim ocenie.
I oczywiście, można grać w tą grę.
Można napisać romans/kryminał/romantasy itd zgodnie z poradami wskazującymi jak osiągnąć poprzez mimikrę efekt oczekiwany przez wielkie firmy wydawnicze, dostosować się do ich wymagań (które – co ciekawe – są jedynie domysłem, bo konia z rzędem temu, kto wskaże receptę skuteczną na 100% ), a potem utonąć ze swoim debiutem w ofercie setek podobnych książek. Jest szeroka oferta usług na rynku, które chętnie w tym pomogą. Można też odnieść w ten sposób wielki sukces, choć zdarza się to naprawdę nielicznym, ale jest jest na tyle mocno nagłośnione, że wydaje się w zasięgu ręki.
Można też pójść inną ścieżką.
Napisać i być w zgodzie z tym, co dla nas ważne i nie rezygnować z tego, co chcemy powiedzieć i jak. Wtedy raczej naszym wydawcą będzie mikro, małe lub średnie, niezależne wydawnictwo. Takie, które jest gotowe zaryzykować i szuka autentycznych i oryginalnych opowieści. Książka będzie trudniej dostępna, mniejsze będą promocje i rabaty. Niekoniecznie naszą książką zainteresują się media i uznani recenzenci.
Coś za coś.
Podział na te dwa obiegi widać na polskim rynku wydawniczym coraz wyraźniej. Jeszcze czasem się przenikają, jeszcze są miejsca, gdzie książki z obu tych obiegów stoją obok siebie na półkach, jeszcze czasem się zdarza, że wielki wydawca wyda coś oryginalnego i świeżego, a niezależny skusi się na „gwarantowany” bestseller w aktualnie modnym stylu. Ale coraz rzadziej.
Niezależnie co wybierzesz, twoja książka w momencie wysyłania do wydawcy musi być dopracowana – warsztatowo, językowo, edytorsko.
W zalewie propozycji wydawniczych (wydawcy mówią, o tym że dostają ich nawet kilkadziesiąt tygodniowo!), twój tekst powinien się wyróżniać: tym, jak jest napisana propozycja, jakie masz argumenty za wydaniem właśnie jej, jak sformatowany jest plik i jak się czyta pierwsze strony oraz całość. Wydawcy – i ci z fabryk, i ci niezależni – czekają na dobre książki.
To ci mogę zagwarantować.
* Susan Hawthorne, Biblioróżnorodność. Manifest wydawców niezależnych, przekład Anny Alochno-Janas, Biblioteka Słów 2025.

