W obrębie praktyki prawa autorskiego uważa się to rozróżnienie za dyskusyjne i trudne do udowodnienia.
Z jednej strony uwzględnia się sytuacje, kiedy utwory powstają równolegle, wchodzą w dialog artystyczny, są twórczością fanowską, składającą hołd mistrzom gatunku, wreszcie uznaje się argument, że pewne motywy, tropy, ustalenia są uniwersalne dla całego uniwersum kultury czy danej tematyki.
Z drugiej strony zdarzają się sytuacje bezdyskusyjne, nieoznaczony dosłowny cytat, wykorzystanie komercyjne bez pytania o zgodę właściciela praw majątkowych, kopiowanie całych fragmentów itd.
Pomiędzy tymi dwoma biegunami rozpięta jest wielka przestrzeń, w której dochodzi do bezpośredniej inspiracji, ale mniej lub bardziej trudno jest udowodnić nadużycie czyjejś twórczości. Moim autorkom i autorom zalecam w tym zakresie ostrożność, wrażliwość i staranną dokumentację. Zanim weźmiesz, zastanów się, czy na pewno tego potrzebujesz. Jeśli już bierzesz, oznaczaj, wskazuj, nie ukrywaj tego, nie rozpuszczaj w swoim tekście. I najważniejsze: nie udawaj samx przed sobą, że nie wiesz, o czym jest tutaj teraz mowa.
Sytuacja, w której ktoś oskarża nas o plagiat jest mało przyjemna. Również rozpoznanie plagiatu popełnionego na naszej twórczości jest niezwykle przykre. Poza konsekwencjami finansowymi, które mogą być całkiem poważne dla obu stron (pozew i proces sądowy to wysokie koszty, podobnie jak wycofanie nakładu czy udzielenie rekompensaty), pozostaje niesmak, gorycz i niesława.
Plagiat podobnie jak kłamstwo ma krótkie nogi. Kopiowanie z cudzej twórczości w epoce internetu, choćbyśmy brali co nie nasze z zupełnie niszowych, egzotycznych, oddalonych geograficznie lub historycznie utworów, zostanie – wcześniej czy później – rozpoznane. Zgodnie z teorią, że z dowolną osobą na świecie łączy nas trzy znające się ze sobą osoby, podobnie jest z obiegiem utworów, czytane krążą po świecie w sposób nie do końca przewidywalny, a jednocześnie skuteczny właśnie pod kątem rozpoznawania „dziwnych” podobieństw.
Wiem, że istnieje pragnienie – silne i umotywowane powszechnym zachwytem publiczności – by „pisać jak (wstaw nazwisko światowej sławy pisarza)”. I owszem, mówią o tym często uznani autorzy, że tak właśnie zaczynali swoją drogę. Za rzadko dopowiadają, że jest to coś w rodzaju choroby wieku dziecięcego, etap, który poprzedza rozpoznanie własnego stylu, charakteru twórczości i właściwego dla nich tonu opowieści. Kopiowanie czyichś pomysłów, fraz, rozwiązań narracyjnych pozostanie mniej lub bardziej udaną podróbką, nigdy nie osiągniesz w ten sposób pełni możliwości twórczych.
Moim zdaniem zasadniczą różnicą pomiędzy inspiracją a plagiatem jest to, czy cudza twórczość jest dla nas pytaniem czy odpowiedzią. Tylko tyle i aż tyle.

