Żeby było ładnie. Żeby nie było nudno. Żeby było tak jak w tamtej książce. Jakoś tak pusto, więc jeszcze coś. To chyba najczęstsza pułapka, w jaką wpadają osoby publikujące samodzielnie swoje utwory. Przy projekcie wnętrza książki oraz okładki dodają ozdobniki, które niczemu nie służą, często też są kopią elementów pełniących konkretną funkcję w innych publikacjach. Tu się doda ramkę, tam kreseczki. Wzorek. Tło. Ozdoby. Fantazyjny motyw.
W dobrze zaprojektowanej edytorsko publikacji każdy element czemuś służy.
To może być: nawigacja po tekście, gradacja treści, rozwiązania dydaktyczne, czasami grafiki są uzupełnieniem merytoryki, a nawet samodzielnym utworem jak mapy, rysunki czy wykresy. Te elementy powinny być przede wszystkim funkcjonalne, czytelne i proste, tak żeby ułatwić odbiór i korzystanie z publikacji czytelnikom.
Oczywiście, elementy graficzne służą też wizualnej stronie publikacji. Chcemy, żeby książki były piękne, jasne, że tak! Tu sprawdza się ogólnie znana zasada dotycząca stylu:
mniej znaczy więcej.
Uznaje się na przykład, że do składu powinny wystarczyć dwa fonty: jeden do głównego tekstu i drugi fantazyjny do wybranych elementów jak np. tytuły rozdziałów. Ale równie dobrze można użyć tylko jednego podstawowego kroju pisma. A więcej niż dwa to już kakofonia.
Przestrzeń w książce też jest potrzebna.
Daje oddech tekstowi, porządkuje układ tekstu, podpowiada kolejność czytania.
Nie kopiujmy bezrefleksyjnie cudzych rozwiązań, tylko dlatego, że nam się podobają czy dobrze kojarzą. To, co tam pasowało i się sprawdziło, może, ale wcale nie musi być dobre dla naszej publikacji. Użyte na siłę, zaszkodzą. Wyjdą z tego jedynie atrapy, fasadowe pozory we wzory.


