Debiut nie musi być spektakularny

Pamiętam jak dziś premierę Białych zębów Zadie Smith. Fanfary na cały świat, mnóstwo recenzji, same zachwyty, polskie wydanie przeczytałam na jednym wdechu, żeby tak jak inni powiedzieć: wow! Równie dobrze pamiętam premierę pierwszego tomu przygód Harry’ego Pottera i to jak fenomen tej serii rósł z tomu na tom, księgarnie były otwarte w nocy premiery, po sieci krążyło pirackie tłumaczenie, a ja czytałam każdy tom dwa razy, zachłannie sama dla siebie i wieczór po wieczorze na głos dwóm wiernym słuchaczom.

Kłopot z tymi słynnymi debiutami jest taki, że raczej są wyjątkiem niż regułą. 

Powiedzmy sobie to wprost: wielka machina promocyjna uruchomiana jest tylko w wyjątkowych przypadkach, a o tych tytułach, przy których zawiodła, zwyczajnie się nie dowiadujemy. Inaczej mówiąc, tylko wydawcy wiedzą, kiedy zbyt mocno uwierzyli w nowy tytuł i przeszacowali nakłady, i te fizyczne w magazynie, i te finansowe na promocję. To dlatego swoim słuchaczom w Studium Kreatywnego Pisania na Uniwersytecie Civitas zalecam chociaż jedną wizytę w składzie taniej książki i przejrzenie oferty pod tym właśnie kątem: ile nazwisk i tytułów nic im nie mówi, chociaż sama książka wygląda na całkiem w porządku.

A jednak historia sukcesów debiutantów takich jak Smith czy Rowling mocno przemawiają do wyobraźni osób piszących, tak mocno, że zbyt często niestety nie potrafią oni docenić swojego debiutu.

Nie chodzi o to, żeby rozbić bank fortuny, tylko wejść do obiegu literackiego.

Świetnie opisuje to Gilbert w swojej książce Wielka magia. Otóż zanim została słynną pisarką światowego bestsellera Jedz, módl się, kochaj, pracowała dorywczo w różnych zawodach i nieustająco próbowała zadebiutować. Bezskutecznie wysyłała opowiadania do magazynów i pism, a jednocześnie pisała kolejne, kolejne, kolejne. I któregoś dnia dostała odpowiedź: opublikują jej opowiadanie w najnowszym numerze, ale musi je skrócić do 1/3 aktualnej objętości (bo tyle się zmieści w tym numerze) lub poczekać na miejsce w którymś kolejnym numerze.

Gilbert postanowiła spróbować zrobić takie cięcie. Usiadła i usuwała zbędne lub niekonieczne słowa, frazy, zdania aż wyłoniło się nowe opowiadania, mniej epickie, za to bardziej wyraziste. Opowiadanie się ukazało, magazyn zamknął się niedługo później. Gilbert oficjalnie zadebiutowała i mogła w swoim bio wpisać pierwszą wartościową publikację.

(Przy okazji nauczyła się, że nie ma takiego tekstu, którego nie dałoby się skrócić. Warto zrobić to ćwiczenie chociaż raz na swoim tekście, zachęcam!).

Zadebiutuj w sposób najlepszy dla ciebie

Dlatego zamiast nakręcać się na głośny debiut (wyczerpujący emocjonalnie i obciążający wielkimi oczekiwaniami), zachęcam cię do spróbowania drogi skromniejszej, ale budującej doświadczenie. Próbuj rozmaitych form literackich i staraj się o publikację w różnych miejscach zajmujących się literaturą: w naborach do antologii, czasopismach i magazynach, konkursach, w prasie i online, na blogu lub w lokalnej biliotece.

Pisz, praktykuj odmowę, krytykę, współpracę z redaktorami, wystąpienia publiczne. Zbieraj doświadczenia. Tak naprawdę, >>>> każda kolejna publikacja jest jak debiut.

 

Dodaj komentarz

Polecane posty:

Jak iść własną ścieżką

Debiut nie musi być spektakularny

Pamiętam jak dziś premierę Białych zębów Zadie Smith. Fanfary na cały świat, mnóstwo recenzji, same zachwyty, polskie wydanie przeczytałam na jednym wdechu, żeby tak jak

Szczegóły »
Jak iść własną ścieżką

Trudno wszystkim dogodzić

Na pewno znasz to powiedzenie, o tym, że nie jesteśmy zupą pomidorową, żeby nas wszyscy lubili. Zgoda na to, że nasze teksty nie będą wszystkim

Szczegóły »