Kiedy miałam pięć, sześć lat umiałam czytać i pisać drukowanymi literami. Kiedy poszłam do szkoły, czytałam na głos innym dzieciom „Porwanie w Tuturlistanie”, razem z koleżanką zrobiłam gazetkę, napisałam wtedy swój pierwszy wiersz („Tango z gwoździem w bucie”). Właściwie w tym momencie już było wiadomo, że czytanie, pisanie i wydawanie zostaną ze mną na całe życie.
Używaj tego, co masz.
Puste pojemniczki po kremach, ścinki tkanin, opakowania z pasmanterii, niepotrzebne nakrętki i sprzączki – takim zestawem „urządzałyśmy” dom z koleżanką i była to dużo lepsza zabawa niż cokolwiek innego. Zasady były proste: najpierw dzieliłyśmy się wszystkim na pół, każda wybierała fanty niczym zawodników do drużyny, a potem powstawały dwa „mieszkania”, w których się „odwiedzałyśmy” i oceniałyśmy, co wyszło lepiej. Ćwiczyłyśmy dobieranie proporcji, wyszukiwanie nowych funkcjonalności, własny styl i kryteria doboru.
Razem z innymi dziećmi układałam widoczki – sekrety z kwiatów i liści, kamieni, szyszek, szkiełek. Widoczki zasłaniało się kawałkiem szkła i zasypywało się piaskiem, a następnie dyskretnie oznaczało miejsce, by dało się następnego dnia je odnaleźć i odsłonić niczym archeolożka znajdująca rozbity fragment fresku.
Moja babcia zbierała kartki wyrwane z kalendarza do pudełka po butach. Sortowałam je i układałam w swoim Biurze Ważnych Spraw. Prowadziłam rozmowy z interesantami, przekładałam ich sprawy według dat. Byłam kompetentna i decyzyjna w tej zabawie.
Nie ważne jak wyglądasz, ważne jak się czujesz.
Włosy miałam obcinane na pazia ze zbyt krótką grzywką. Dopóki nie musiałam się zajmować nimi jakoś szczególnie, wszystko było ok. Nie bawiłam się kosmetykami mamy, nie grzebałam w apaszkach i broszkach babci, nie patrzyłam z zazdrością na sukienki koleżanek. Ważne było, czy jest mi wygodnie i czy mogę – w tym, co mam na sobie – skakać przez gumę, jeździć na rowerze, wisieć na trzepaku, zjeżdżać na sankach do zmroku i kąpać się w zalewie do dygotek. (Ciuchy zaczęły być ważne jak skończyłam 14 lat i pierwszy raz się zakochałam, ale to już inna historia.)
Miej czas na czytanie, pisanie i fantazjowanie.
Czytałam dużo, szybko i niekoniecznie książki przeznaczone dla dziewczynek. Dość szybko skończyły się odpowiednie lektury w domu, w szkolnej bibliotece, u koleżanek. Ratowałam się książkami z regałów rodziców (twórczość Chmielewskiej, Fleszarowej-Muskat, Pruszkowskiej, Nepomuckiej, Rodziewiczówny, Kuncewiczowej…) oraz wielowielokrotnym czytaniem ulubionych. „Mania czy Ania”, „Godzina pąsowej róży”, „Zapałka na zakręcie”, „Zwierzenia Britt-Marie”, „Słoneczniki”, te książki – przez kolejne lata dorastania – mogłam czytać w kółko. Przeglądałam „Przekrój” i „Kobietę i Życie” (ostatnie strony były najciekawsze), z czasem stałam się czytelniczką „Filipinki”.
Pierwszy dziennik założyłam mając siedem lat, zaglądała do niego moja mama, czasem go ilustrowałam zamiast w nim pisać. Potem były kolejne zeszyty, sekretne dziewczyńskie dzienniki do rozpisywania emocji, przeżywania, wyobrażania i wyrażania siebie. Do moich koleżanek i kuzynek pisałam listy z wakacji, zawsze też wysyłałam kartki do najbliższych. Mam te zeszyty i te listy – całe archiwum dziewczynki, którą byłam – do dzisiaj.
Przed zaśnięciem wymyślałam historie, pełne emocji i ekspresji, w których potrafiłam zupełnie odpłynąć myślami. Fantazjowałam w pociągu w drodze na wakacje, w autobusie, którym jeździłam do babci, stojąc w kolejce po chleb. Odpływałam myślami niezależnie od tego, co działo się wokół i ta umiejętność została mi do dziś. Czasem coś przez to gubiłam, zostawiałam nie tam gdzie trzeba, i to też zostało mi do dzisiaj.
Zbieraj i próbuj różnych rzeczy.
Gromadziłam różne drobiazgi: naklejki, figurki zwierząt z ZOO, komiksy z gum, ilustracje z gazet, kartki pocztowe, kapsle ze skajem. Właściwie wszystko nadawało sią do zbierania i układania kolekcji. Niektóre zbiory trwały na półce, choć już się nimi nie interesowałam, inne były zamknięte w pudełkach i trzymałam je latami. Interesowało mnie mnóstwo rzeczy. W szóstej klasie codziennie miałam inne szkolne kółko zainteresowań: erystyczne, plastyczne (malowaliśmy ściany w nowej szkole!), PTTK (rajdy!), matematyczne i chemiczne. Z tych ostatnich zainteresowań zostało niewiele, ale fajnie było spróbować.
Szukaj towarzyszek.
Moja druga babcia mieszkała w miasteczku nad jeziorem. Jeździłam do niej na wakacje i obserwowałam jak krąg kobiet wokół niej – przyjaciółki i koleżanki, znajome i sąsiadki – żyje wizytami, telefonami, przesyłkami i prezencikami, „wpadaniem przy okazji” i rozmowami prowadzonymi szeptem w progu domu. Ileż wspaniałych rzeczy można robić wspólnie! Żartować, zamieniać się ubraniami, częstować się swoimi wypiekami i wymieniać przetworami, gadać o wszystkim, inspirować się, wspierać i mieć ogromną frajdę z bycia razem. Najlepsze rzeczy robi się właśnie z koleżankami.
A co by powiedział Tobie tamta dziewczynka?


