Raz na jakiś czas wyjeżdżam na kilka dni w miejsce, gdzie „nic nie ma”, wystarczy że jest las i woda. Pakuję wygodne ubrania i buty, czapkę i kalosze, zapas herbat i kawy, notes, herbatniki, chustę. Po przyjeździe idę na długi spacer z psem, a potem śpimy, aż się wyśpimy.
Zajmuję się prostymi rzeczami, o świcie parzę kawę i siadam z nią na schodkach, oglądam rośliny wokół domu, wkładam wiecheć do wody na stole, palę w piecu, jeśli tak potrzeba, gotuję jajka na miękko. Nic wielkiego, nic trudnego, nic absorbującego. Potem idę z psem popatrzeć na świat dookoła, trzy, cztery kilometry po łąkach, polnych drogach, przez las.
Wyciszam telefon, nie otwieram komputera.
Nie sprawdzam wiadomości, nie relacjonuję swojego pobytu, nie dzwonię do znajomych, nie loguję się do streamingu, nie włączam podcastów ani nie wyznaczam sobie zadań. Omijam atrakcje turystyczne, wydarzenia kulturalne, imprezy dla znajomych i nieznajomych. Wolę sama sobie ugotować jedzenie niż wybierać się do restauracji. Wolę pójść tą samą trasą na spacer niż ryzykować, że wejdę na uczęszczany szlak. Wieczorem piję kubek kakao albo herbaty i kładziemy się spać. Leżymy w ciemności i powoli, powoli zasypiamy.
Kolejne dni nie różnią się wiele. Kawa, spacer, leżakowanie, posiłki, drzemki. Brudne buty, potargane włosy, głosy ptaków i proste jedzenie.
Szukam nudy.
Nudy przez duże N. Nudy, która na początku – przez jakiś czas – bywa szalenie irytująca. Bo jest cicho i wciąż słychać pogłos spraw, jakie zostawiłam za sobą. Bo jest spokojnie i czuję, jaki zamęt panował wokół mnie ostatnio. Bo jest ciemno, a ja przywykłam do światła ekranu. Bo jest bezproduktywnie, a ja lubię działać, osiągać, „dowozić”.
Irytacja narasta, nic nie jest ciekawe. Swędzi by to zagłuszyć. Ale wiem, że wystarczy to przeczekać i będzie tylko lepiej. Przeczekać, czyli nie ulec scrollowaniu, łapczywemu oglądaniu całych sezonów seriali, podglądaniu w internecie, co robią inni i rozwiązywaniu ich spraw. By się zacząć nudzić wystarczą spacery, drzemki, herbata i gapienie się na świat.
A wtedy nuda zrobi swoje.
Ni stąd, ni zowąd pojawia się rozwiązanie, którego szukałam wcześniej bezskutecznie. Rankiem przychodzi coś nowego, niezwykle intrygującego. Budzę się z popołudniowej drzemki i mam ochotę zapisać sen. Myśli się rozwidlają, zawijają i wracają w nowych kontekstach.
Nie poganiam się, nie naprężam.
Nudzę się dalej, ale już inaczej. Chce mi się gadać z samą sobą, opowiadać samej sobie, jakie mam pomysły, bo się słyszę i mam przestrzeń by coś z tym zrobić. Mogę się pobawić jakimś pomysłem. Mogę go zapisać. Mogę pobyć z nimi w ciszy, w ciemności, w spokoju, bez światła monitora, bez presji zadania. Mogę też sięgnąć po notes i pisać. Zdanie po zdaniu. Powstają wtedy zalążki tego, co później można przenieść do edytora i sumiennie rozpisać na wiele stron.
Nie da się tego zrobić odwrotnie.
A przynajmniej ja nie umiem.

